Na dzisiejszy wpis pod lupę wziąłem dość gorący temat. Mianowicie wybór metody sporządzenia kremu typu o/w. Istnieją bowiem 2 interesujące nas sposoby: na zimno oraz na ciepło. Którą powinniśmy wybrać? Jakie są plusy i minusy każdej z metod? Czym powinniśmy się kierować?

Na pierwszy ogień pójdzie zdecydowanie ciekawsza metoda – na ciepło. Ta technika wykonania kremu jest do tej pory bardzo często wykorzystywana w przemyśle farmaceutycznym i kosmetycznym. Polega na:
– przygotowaniu dwóch faz: wodnej i olejowej
– w obu fazach rozpuszczone zostają substancje termostabilne, w tym emulgatory
– fazy podgrzewane są do temperatury 80, a następnie łączone ze sobą i mieszane przy pomocy mieszadeł szybkoobrotowych w warunkach próżniowych
– podczas ciągłego mieszania fazy zostają ochłodzone do temperatury 20-30
– dodawane są składniki termolabilne, czyli wrażliwe na temperaturę (konserwanty mimo swojej termostabilności dodawane są zazwyczaj po etapie emulgacji, podczas ochładzania -> utrudnia to przeniesienie go do fazy tłuszczowej, gdzie dużo łatwiej się rozpuszcza, ale w tej fazie nie działa)
– ostatnim procesem może być homogenizacja, czyli ujednolicenie struktury kremu.
A w naszym wykonaniu – 2 zlewki w łaźni wodnej (np. garnek z wodą i grubą ścierką) podgrzewane do wyżej wymienionej temperatury i mieszane przy pomocy spieniacza czy miksera :)

Wybór pada na metodę „na ciepło”, gdy nie zależy nam na bazie kosmetycznej, a jest ona tylko nośnikiem dla określonych substancji czynnych. Zauważcie, że jest tak często z lekami. W tym przypadku badaczy interesuje wyłącznie jedna substancja, a reszta służy jedynie do osiągnięcia celu – dobrego i powtarzalnego wchłaniania substancji czynnej. Dokładnie tak samo może być u nas – tworzymy bazę do uzyskania pożądanej konsystencji, ale to określona substancja lub ich zespół mają być „gwiazdami” w tym wyrobie. No dobrze, ale w czym właściwie baza „na ciepło” jest lepsza od bazy „na zimno”? Odpowiedź jest bardzo prosta. Otrzymujemy dużo stabilniejszą emulsję o znacznie mniejszych kroplach względem emulsji „na zimno”. Spowodowane jest to dużym wkładem energii, która pożytkowana jest na załamywanie napięcia powierzchniowego pomiędzy fazami. W ten sposób przy odpowiednim doborze proporcji faz oraz emulgatorów, nie będziemy musieli używać żadnych zagęstników, a struktura emulsji nadal będzie kremowa, stabilna i przyjemna w dotyku.

Pojawia się również inny ważny argument przemawiający przeciwko metodzie „na zimno” – w tym przypadku jesteśmy ograniczeni tylko do niektórych, zwykle nowszej technologii składników. Przykładowo, substancje takie jak: alkohol stearylowy, cetylowy i wiele innych emulgatorów zobligowani jesteśmy rozpuścić w wysokiej temperaturze. Dodatek rozpuszczonych emulgatorów do zimnego medium spowodowałby jedynie szybkie ich wytrącenie i nici z kremiku.

Krem wykonany metodą "na ciepło"
Krem wykonany metodą „na ciepło”

Pora jednak zabrać się za omówienie metody szczególnie dla nas ważnej – „na zimno”. Jest dla nas kluczowa, ponieważ my, oprócz substancji czynnych, bardzo cenimy sobie bazę opartą na oleju (który również jest dla nas substancją czynną). Szkoda byłoby, żeby tak wartościowe składniki zawarte w olejach zostały zaprzepaszczone przez wysoką temperaturę. Z tego powodu emulgacji dokonujemy na zimno. W tym przypadku praktycznie niezbędne będą polimery emulgujące i zagęszczające, aby utrzymać stabilność emulsji. W ten sposób uzyskane kremy będą różniły się konsystencją i wyglądem od tych wykonanych „na ciepło”. Przykładowe wykonanie bazy takiego kremu polega na: zawieszeniu w fazie wodnej zagęsnika, dodateku płynnego emulgatora i dopiero na końcu wemulgowaniu fazy olejowej.

Krem wykonany metodą "na zimno"
Krem wykonany metodą „na zimno”

Odnosząc się do wpisu o olejach, przedstawię jakich tłuszczy powinniśmy użyć w każdej z metod:
– „na ciepło”: idealnie nadają się oleje mineralne, tłuszcze nasycone (w tym zwierzęce), silikony, termostabilne substancje emulgujące jak np. cholesterol, lanolina i jej pochodne. Jeżeli chcecie użyć tłuszczów roślinnych w tej metodzie, to używajcie rafinowanych maseł i olejów. Te bowiem mają dużo wyższy punkt dymienia (m. in. rozkład substancji, powstawanie substancji szkodliwych następuje w wyższej temperaturze), niż ich nierafinowane odpowiedniki. Przypominam, że kwasy tłuszczowe wielonienasycone i omega-3 ulegają rozkładowi w wysokiej temperaturze – z tego względu używanie olejów bogatych w te kwasy mija się z celem.
– „na zimno”: tutaj możemy używać praktycznie wszystkiego co wpadnie nam w ręce, ale musi być płynne, lub przynajmniej półstałe (jak wazelina). Parafiny stałej nie zdołalibyśmy emulgować tą metodą. Każdy olej nierafinowany, niefiltrowany, naszpikowany różnymi substancjami i kwasami wielonienasyconymi będziemy preferencyjnie emulgować tą właśnie metodą.

A która metoda króluje w Waszej recepturze? :)