Przyszła kolej na trzecią część z cyklu.

A zatem mamy już podstawy teoretyczno-merytoryczne. Wiemy też, jak technolodzy patrzą na składniki. Przejdźmy więc do kolejnego etapu – do etapu konsumentów czytających skład i mających ogromną nadzieję, że skład ten będzie przynajmniej satysfakcjonujący 😉

 

Wiele – ba! – większość ludzi nie ma zielonego pojęcia jak czytać skład inci, co te nazwy oznaczają i w ogóle jak oceniać jakość kosmetyku po tymże składzie.
Są osoby, które wiedzą, co oznaczają poszczególne składniki, co można powiedzieć o szeregowaniu składników itd. Ale czy to wystarcza, żeby ocenić jakość kosmetyku?
W pewnym sensie, ale nie do końca. Odgadywanie prawdziwego składu na podstawie inci to rzecz prawie niemożliwa. Oczywiście, są niuanse, na podstawie których można przeliczać ilości, wyznaczać orientacyjny punkt poniżej 1% itd., ale to nadal nie przybliża nas do rzeczywistego stanu rzeczy.

Przykładowo, porównajcie składy:

  1. Petrolatum, butyrospermum parkii butter, simmondsia chinesis seed oil, olea europaea fruit oil, X, Y, Z
  2. Butyrospermum parkii butter, petrolatum, simmondsia chinesis seed oil, olea europaea fruit oil, X, Y, Z

 

 

Niby wszystko jasne – 2. Skład jest z pewnością lepszy! A co jeżeli…

(przyjmijmy, że XYZ stanowi 20% i że nie lubimy wazeliny bo jest tania i nie jest odżywcza :)
W składzie 1. Wazelina 23%, masło shea 22%, olej jojoba 20%, oliwa z oliwek 15%.

W składzie 2. Masło shea 38%, wazelina 38%, olej jojoba 2%, oliwa z oliwek 2%.

Daje do myślenia, prawda? Czasem łatwo jest oceniać, ale skład inci to niesamowite pole do zabawy marketingowej.

Co bardziej wprawni technolodzy mogą odczytywać pewne elementy chociażby na podstawie maksymalnego dopuszczalnego prawnie stężenia danej substancji. Np. jeżeli jakiś konserwant dopuszczony jest maksymalnie do 1%, to wiemy, że w tym miejscu dobiliśmy do tej (lub niższej) wartości.

Słyszałem kiedyś o sposobie na podstawie „czytamy do aroma/parfum”. Znam kosmetyk, w którym ładują tak dużo kompozycji zapachowej, że aż ciężko uwierzyć… W niektórych aromat dodawany jest natomiast „symbolicznie”.

No dobrze, trochę zamieszania, może coś na przyjemne uporządkowanie myśli.

W substancjach można w pewnym sensie wyróżnić trend, dzielący substancje na:

– produkty, które bez typowej syntezy chemicznej nie miałyby prawa istnienia. Nieoczyszczone mogą zawierać substrasty syntezy, produkty uboczne, rozpuszczalniki, katalizatory. Przykładowo dobrze znane PEGi, czyli polietylenoglikole i tym samym ich pochodne; tzw. organiczne filtry UV, i in.

– produkty półnaturalne, czyli takie, które utworzone zostały przez syntezę składników wyodrębnionych z natury, np. ester utworzony z połączenia naturalnego alkoholu z naturalnym kwasem. Co ważne – te składniki już często posiadają Ecocert.

– produkty naturalne, czyli takie, których nie muszę Wam przedstawiać :) Występują jako cała mieszanina substancji np. wosk pszczeli, oleje itd., bądź jako czysta substancja wyodrębniona metodami fizycznymi, np. alkohol cetylowy.

Jeżeli nie kojarzycie nazwy danego składnika, najlepiej jest poszukać informacji o nim w internecie. Może się bowiem zdarzyć, że substancja wyglądająca jak typowa chemia, może być składnikiem naturalnego pochodzenia. Przykładowo C13-15 Alkane może oznaczać hemiskwalan, całkowicie wyodrębniony z roślin. Nie prezentuje się tak dobrze w inci, a jest naprawdę świetnym składnikiem.

Dodatkowym utrudnieniem dla czytelnika inci mogą być substancje, które są być pozyskiwane dwojako – albo drogą chemiczną albo wyodrębnieniem z natury. Takie składniki mogą być w wersji z ecocertem lub nie (np. glikol pentylenowy). I co zrobić? No nic. Trzeba po prostu infiltrować producenta, sprawdzać po gamie produktów, czy idzie w komercję, czy w produkty wysokiej jakości. Zazwyczaj ten drugi odłam producentów nie boi się inwestować w droższe składniki, co jest dużym plusem.

 

Im więcej wiemy, tym wiemy mniej….

Z tym „pozytywnym” akcentem pozostawiam Was z przemyśleniami na temat odczytywania inci z perspektywy składników naturalnych :)