Witajcie drodzy czytelnicy :)

Ponieważ lista odwiedzających wciąż rośnie, a ja już ogromny kawał czasu nic nie napisałem, postanowiłem się odwdzięczyć. Tym razem będzie coś specjalnego i myślę, dość nietypowego. Postaram się co jakiś czas wrzucać wpis dotyczący przemysłu kosmetycznego „od kuchni”.  Będą to ogólne, ale wartościowe informacje. Pokażą Wam, że to co serwuje Wam przemysł kosmetyczny zwykle nie jest czarne lub białe – zazwyczaj bardzo dużo informacji jest ukrytych (czasem na korzyść, a czasem na niekorzyść klientów).

Pierwszy wpis dotyczyć będzie tematu bardzo istotnego dla osób odwiedzających ten blog – ile jest natury w kosmetykach komercyjnych.

Na samym początku krótkie wyjaśnienie – NIE MA jakiejkolwiek dyrektywy określającej, co możemy nazwać kosmetykiem naturalnym, a czego nie. Przykładowo, istnieje rozporządzenie parlamentu EU, które jasno określa nam, jakich substancji nie można używać w kosmetykach, bądź z pewnymi restrykcjami (Rozporządzenie 1223/2009). W przypadku złamania zasad tego rozporządzenia, Inspektorat Sanitarny może automatycznie zablokować handel „niewłaściwym kosmetykiem” pod rygorem konsekwencji prawnych. W przypadku określenia „kosmetyk naturalny” nie ma takich jednoznacznych restrykcji. Innymi słowy – to producent decyduje się na oznaczenie kosmetyku jako naturalny, bądź nie. Oczywiście w grę wchodzą jeszcze inne elementy – np. moralność i dobre imię producenta, czy Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, który może nałożyć ogromną karę w związku z niewłaściwą deklaracją producencką, wprowadzającą konsumenta w błąd. Bo jakże producent mógłby nazwać kosmetykiem naturalnym (przykładowo) krem, który w 10% składa się ze składników stricte przemiany chemicznej + wazelina, a pozostałe 90% stanowiłaby woda.

Aby nieco rozwiązać problem, komisja EU powołuje się na opinie eksperckie dotyczące określenia „kosmetyk naturalny” >LINK< . Są to jednak wyłącznie wytyczne „naprowadzające”, a nie przepisy prawne. Na całe szczęście (a może nieszczęście?) powstało wiele jednostek certyfikujących, np. Ecocert, BDIH, Natrue, które bardzo mocno opierają się o te wytyczne. Można powiedzieć, że pełnią funkcję bezpośredniego łącznika pomiędzy wytycznymi ekspertów komisji europejskiej, a konsumentem.

O certyfikatach nie będę się rozpisywał – to temat na zupełnie odrębny wpis. Powiem jednak w skrócie, że każdy certyfikat rządzi się odrębnymi zasadami i jest przyznawany pod różnymi warunkami. Daje się jednak zauważyć pewne podobieństwo – wytypowane są substancje, które mogą być użyte w kosmetykach naturalnych (konserwanty – np. benzoesan sodu, filtry UV – filtry mineralne, itd.). Z wazeliną jest różnie – tak naprawdę jest pochodzenia naturalnego (fizyczne przetworzenie ropy naftowej), ale jednostki certyfikujące zazwyczaj jej nie dopuszczają (prawdopodobnie zachęcając do używania olejów i maseł naturalnych). Dodatkowo, certyfikaty często pozwalają na użycie maksymalnie do 5% suchej masy składników nie będących pochodzenia naturalnego. Mamy więc pewność, że przynajmniej te 95% pochodzi prosto z natury.

Jak widać, producent może stosować pewne wątpliwe deklaracje, ale to od Was zależy, czy się dacie na nie nabrać, czy nie. Czasem warto bardzo dokładnie przyjrzeć się kosmetykowi. Ile to osób nabiera się na deklaracje w stylu:

100% naturalny

Olej z wiesiołka

Gdzie tegoż oleju jest do kilku % w kosmetyku gotowym, a reszta to składniki mniej lub bardziej przyjazne. Pamiętajcie jednak, że kupując kosmetyk z certyfikatem, w pewnym sensie płacicie pewną część za sam fakt certyfikatu. A są to naprawdę spore koszty. Oczywiście istnieje sporo firm, które certyfikatu nie zakupiły, a mogą pochwalić się bardzo naturalnym kosmetykiem.

 

To tyle mianem wstępu i zagadnień prawnych. Wkrótce pozostałe części :)