Jedno z podstawowych pytań nasuwających się osobie zaczynającej swoją przygodę z kosmetykami domowej produkcji to: „Czy jestem w stanie wykonać kosmetyki wyższej jakości niż te dostępne na rynku”? Odpowiedź jest jednoznaczna: NIE. Zanim jednak stwierdzisz, że przeczę tematyce własnego bloga, pozwolę sobie nieco rozjaśnić Wam moją odpowiedź.

W tym miejscu Was uspokoję – jestem farmaceutą, profesjonalizm i zdrowie innych ludzi jest priorytetem w moim zawodzie, dlatego wpierw muszę wylać na Was kubeł zimnej wody, zanim wyrobicie sobie zdanie na omawiany temat.

Do rzeczy. Firmy kosmetyczne przed wypuszczeniem do obrotu określonego produktu zobowiązane są dokonać jego rejestracji w europejskim organie o nazwie Cosmetic Products Notification Portal (w skrócie CPNP). Taka rejestracja wymaga spełnienia wielu zasad, na które składają się m. in.: spełnienie określonych norm składnikowych, wykonanie badań mikrobiologicznych serii, wykonanie badań trwałości, zaopiniowanie bezpieczeństwa rejestrowanego kosmetyku przez Safety Assesora (czyli osoby mającej uprawnienia do oceny produktów kosmetycznych) oraz złożenie wielu innych dokumentów. Jak widzicie już na tym etapie firmy kosmetyczne zobowiązane są włożyć dużo pracy na poczet bezpieczeństwa produktów (co oczywiście odbija się na cenie). Tutaj niestety my, wytwórcy domowi przegrywamy tę potyczkę z kretesem. Na tym „rywalizacja” domowej produkcji z firmami kosmetycznymi się nie kończy.

Uważacie, że kosmetyki firmowe mają zdecydowanie zawyżoną cenę względem kosztu składników? Zgadza się. Już śpieszę z wyjaśnieniem co wpływa na te koszty „ukryte” kosmetyku:
– Badania rozwojowe produktu. Tutaj nie ma miejsca na błędy, produkt musi być idealny w swojej formie. Musi być trwały, prawidłowo konserwowany, spełniać wszystkie wymogi konsumenckie. Jest to wyższa szkoła chemii recepturowej, szczególnie biorąc pod uwagę liczne składniki produktu oraz możliwe między nimi interakcje. Nad tym zagadnieniem pieczę sprawuje grono wykwalifikowanych technologów. Ponadto istnieją producenci sprzedający kosmetyki o bardzo wysokim pułapie cenowym. Zazwyczaj oznacza to, że oprócz badań recepturowych, dokonywano unikalnych badań naukowych nad „cud-cząsteczkami”, przykładowo substancje wygładzające zmarszczki. Bujda czy nie – oceńcie sami. Kupując kosmetyk wyszukanej marki poszukajcie informacji o jej zapleczu naukowym i finansowym.
– Reklama. Cóż można by zdziałać bez dobrej reklamy? Ba, nawet z beznadziejnym produktem, lecz rewelacyjną reklamą bez problemu można przebić się na rynek konsumencki. Reklama kosztuje i to sporo. My tych kosztów się pozbywamy tworząc kosmetyki na własny użytek. Bo przecież sobie zachwalać własnych kosmetyków nie musimy, prawda? 😉
– GMP (Good Manufacturing Practice). Dla laika nazwa dość tajemnicza. Najlepsze firmy kosmetyczne mogą poszczycić się certyfikatem GMP. Nie chcę się rozpisywać o tej praktyce. Książka o niej traktująca zawiera kilkaset stron. Wyobraźcie sobie, że około 5-10% czasu poświęcali byście na samą produkcję kosmetyku, a jego resztę na zachowanie najwyższej jakości, powtarzalności, dokumentacji produkcji, itd. Dla nas totalna nuda – od razu byśmy się uleczyli z fascynacji produkcją kosmetyków. Dla małych firm taka praktyka to często bariera nie do przeskoczenia. Dla tych dużych zaś – to chleb powszedni.
– Inne. Wszelkie koszta prawne, lokalowe, sprzętowe, podatki itd.
Jak widzicie to cała góra lodowa, której widzimy tylko czubek. Kupując kosmetyk nie musimy się martwić o to, czy może nam zaszkodzić (chyba, że jesteśmy na coś uczuleni, mamy choroby skórne), bądź że jest to jakiś bubel zupełnie odbiegający od norm. Jedyne co nam pozostaje to ocena cech organoleptycznych.

Głowa do góry, zapraszam do drugiej części mojego artykułu, gdzie postaram się wybronić domową kosmetykę przed bezwzględnymi korporacjami 😉