Oj, jak to dużo czasu minęło od mojego ostatniego wpisu ;). Pozwólcie mi się wytłumaczyć. Otóż jakiś czas temu podjąłem pracę w firmie kosmetycznej. Z tego powodu mam trochę mniej czasu i inspiracji na bloga, ale nie ma tego złego co na dobre nie wyszło – dzięki temu będę w stanie częściej dzielić się z Wami dawką profesjonalnych informacji dotyczących świata przemysłu kosmetycznego.

A dzisiaj pod lupę weźmiemy składniki. Wydawałoby się, że już mamy jakąś tam wyższą świadomość na temat składników, bo nie dajemy się wodzić za nos producentom. „Zawiera super panaceum na wszystkie dolegliwości – wygładzi, zregeneruje, odżywi, zapobiegnie zmęczeniu, rozświetli” – zazwyczaj puste hasła, a w składzie INCI takie składniki, że aż ciarki przechodzą 😉 No i właśnie, czy skład INCI nas ratuje? Zazwyczaj dużo nam mówi, ale niestety nie określa jednoznacznie kosmetyku.

Dzieje się tak dlatego, że International Nomenclature of Cosmetic Ingredient (INCI) to określenie jedynie nazwy chemicznej danego składnika. Jedna nazwa INCI (np. beeswax) może jednak oznaczać niesamowicie wiele różnych półproduktów. Od naturalnych po syntetyczne. Od czystości technicznej po farmaceutyczną. Od produkcji zachowującej wartość składnika, po produkcję całkowicie pozbawiającą wartości. Od jednych właściwości fizykochemicznych po inne. Może się zatem okazać, że jeżeli kupujecie pewną substancję, np. karbomer w jednym sklepie z półproduktami, to karbomer sprzedawany w innym sklepie może mieć zgoła odmienne właściwości, mimo że zostałby oznaczony pod taką samą nazwą INCI w preparacie gotowym. Zatem jeżeli bardzo spodoba się Wam jakiś składnik, to najlepiej kupcie go ponownie w tym samym sklepie.

Czyli podczas zakupu nowego kosmetyku jesteśmy właściwie skazani jedynie na dobrą wolę producenta? Właściwie tak. Ale uwaga, możemy trafić na kosmetyk, którego składnik INCI ewidentnie kojarzy nam się z syntezą chemiczną, a prawda jest nieco inna. Ot, przykładowo mentol, czy inna substancja z grupy terpenów. Może jednak zdarzyć się tak, że taka substancja pozyskiwana jest ze źródeł naturalnych (czyli starą, droższą metodą), a więc składnik jest 100% naturalny. Taka sytuacja może wiązać się z wieloma innymi składnikami, które ewidentnie wydają nam się „chemiczne”. W pewnych sytuacjach dostawca używa określenia % naturalności danego składnika. Przykładowo, pewien ester może zawierać komponenty: alkohol i kwas. Oba te komponenty mogą być pozyskiwane z całkowicie naturalnego źródła, a jedynie proces estryfikacji byłby tą jedyną ingerencją ludzką. Inny przykład: „Hydrogenated Palm Glycerides Citrate” wskazuje na pochodzenie składnika z oleju palmowego, czyli dobrze się kojarzy. Z pewnością lepiej to brzmi dla laika niż „glyceryl stearate citrate”, który również może mieć elementy naturalne. Zatem nie dajmy się zwariować. Bądźmy czujni, ale nie jednoznacznie krytyczni. Producenci bowiem mogą nam fundować zarówno „kota w worku” jak i „miłą niespodziankę”.

Jeszcze zabawniej jest z aromatami, ponieważ w INCI zazwyczaj mamy nazwę: „aroma”. To zupełnie nic nam nie mówi, a może oznaczać wiele różnych substancji. Może to być aromat całkowicie naturalny, a może być sztuczny. Nigdy nie wiadomo :)

Dla technologa różnica cech składników jest o wiele bardziej brzemienna w skutkach niż dla użytkownika kosmetyku. Może się zdarzyć tak, że pewien składnik zastąpiony będzie innym o dokładnie takiej samej nazwie INCI, a swoimi właściwościami całkowicie zmieni konsystencję produktu / obniży stabilność / zmieni kolor masy. Nawet najmniejsza różnica może mieć znaczenie przy produkcji masowej. Pamiętajcie, produkt domowy często może być skuteczniejszy, ale nigdy nie będzie tak dobrze dopracowany jak produkt komercyjny.

Więc jak znaleźć złoty środek względem preparatów komercyjncych? Najlepiej zainteresujcie się zarówno preparatem jak i producentem. Sprawdźcie czy jest nastawiony bezwzględnie i wyłącznie na zysk, czy zależy mu na rzeczywistej skuteczności preparatów. No i przede wszystkim sprawdzajcie sami czy dany kosmetyk działa, bo to przecież jest najważniejsze w tym wszystkim :)